Piąta rano, Piąta Aleja Nowego Jorku… Miasto, które ponoć nigdy nie śpi, w filmie Edwardsa przeciąga się jak kot, który po agresywnych łowach czeka grzecznie na drugie śniadanie i szybki sen. Na horyzoncie łaknącej życia metropolii, tego ranka wyjątkowo zaspanej, pojawia się Księżniczka Nocy – wysiada z żółtej taksówki odziana w wieczorową suknię i oszałamiającą biżuterię. Z wdziękiem konsumuje drożdżówkę z papierowej torby, popija kawę z kubka na wynos, łapczywym wzrokiem pożera klejnoty umieszczone w witrynie salonu Tiffany & Co. Ten miejski wschód słońca, budzący się wraz z blaskiem biżuterii, przynosi jej ulgę…

Jak z obrazka, lecz nie od szablonu 

Kiedy słyszysz nazwisko Audrey Hepburn automatycznie myślisz: ikona. Ta urodzona w Belgii brytyjska aktorka (niegdyś również aspirująca baletnica) rozkochała w sobie publiczność filmem „Rzymskie wakacje” (1953), w którym zagrała księżniczkę Annę. Rola ta przyniosła jej wiele nagród, z Oscarem, Złotym Globem i BAFTĄ na czele. Widownia rozpoznała w Audrey „aktorskiego borowika” oraz doceniła jej oryginalną, nieszablonową urodę. Spodobała się ona zwłaszcza kobietom młodym, jako alternatywa dla ostentacyjnego seksapilu gwiazd pokroju Grace Kelly, Elizabeth Taylor czy później także Marilyn Monroe. To jednak film Blake’a Edwardsa, „Śniadanie u Tiffany’ego” (1961), będący luźną adaptacją powieści Trumana Capote o tym samym tytule, ostatecznie naznaczył Hepburn jako ikonę stylu wszech czasów. Jestem pewna, że jako rasowa Sroka dobrze znasz ten tytuł – jest on przecież tak samo rozpoznawalny, jak kultowe niebieskie pudełeczko od jubilerskiego giganta. 😉

Luksusowa dziewczyna do… towarzystwa. 

W „Śniadaniu…” Audrey Hepburn wcieliła się w rolę ekstrawaganckiej imprezowiczki z Manhattanu, Holly Golightly – tak naprawdę dziewczyny z prowincji, której codzienność, a raczej może „co noc” oznaczała towarzyszenie „szczurom” – mężczyznom o płytkich instynktach, łapczywie inwestującym swoje dolary w przysłowiowy pocałunek o północy. W życie bohaterki wkracza jednak Paul Varjak, nowy sąsiad, z którym szybko się zaprzyjaźnia. Pisarz bez weny, który sam jest utrzymankiem starszej od siebie mężatki, zakochuje się w trzpiotowatej dziewczynie, która ma w sobie tyle ekspresji i fasad, że mogłaby zainspirować powstanie dziesiątek literackich postaci. Jak jednak zdobyć serce kobiety, która łaknąc tego, co glamour, obawia się zamknięcia w „złotej klatce”? 

Raj do zdobycia 

Uosobieniem ekonomicznych ideałów Holly jest salon jubilerski Tiffany & Co., przy Piątej Alei –  miejsce, w którym nic złego nie może się przytrafić i które stanowi antidotum na głębokie dołki. „Wreszcie odkryłam, co mi najbardziej pomaga” – mówi książkowa Holly. „Muszę wsiąść do taksówki i pojechać do Tiffany’ego. Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi, nie ze strony tych uprzejmych sprzedawców w eleganckich garniturach i cudownego zapachu srebra i portfeli z wężowej skóry. Jeśli uda mi się znaleźć miejsce, gdzie będę się czuła jak u Tiffany’ego, kupię meble i nadam kotu imię.” 

Perły tej małej 

Podczas pierwszego zwiedzania wnętrz Tiffany’ego Paul prosi sprzedawcę o wygrawerowanie inicjałów Holly na obrączce znalezionej w paczce łakoci Cracker Jack. Podobno twórcy filmu przekopali się przez ponad dwieście opakowań, nim znaleźli w końcu nagrodę – „niespodziankę” – to się dopiero nazywa srocza determinacja 😉 Zaręczynowy potencjał przebiła jednak perłowa kolia, którą Holly Golightly eksponuje w pierwszej sekwencji filmu. Z pewnością zelektryzowała ona  wszystkie Sroki, paradoksalnie dużo bardziej, niż prosta ozdóbka, rzucona bohaterce na odchodne, w nasyconym dramaturgią finale.

Ten zaledwie minutowy, leniwy spacer przed witrynami salonu jubilerskiego wszedł do ikonograficznego kanonu historii kina oraz mody jako ponadczasowy, wizualny cytat. Czarna suknia od Huberta de Givenchy zmodyfikowana delikatnie przez wybitną projektantkę kostiumów filmowych Edith Head, wywróciła do góry nogami to, co dotychczas rozumiano jako glamour. O ile Coco Chanel spopularyzowała ideę małej czarnej w 1926 roku, to  w latach 60. to właśnie Holly Golightly przywróciła kobietom wiarę w prostotę i klasę ubioru, dostępną bez ogromnego wkładu finansowego – niemal każda kobieta mogła sobie wtedy pozwolić na ascetyczną, czarną sukienkę. 

Akcesoria? To już inna sprawa. Olśniewająca perłowa kolia spięta z frontu broszą, spływała kaskadowo po karku aktorki, podkreślając przy tym cięcia jej kreacji. Stworzona została przez Rogera Scemamę, projektanta biżuterii domu mody Givenchy. Z kolei w materiałach promocyjnych „Śniadania…” można już było zobaczyć Audrey w naszyjniku Jeana Schlumbergera (jubilera Tiffany & Co.), którego sercem był największy kanarkowy diament, który wówczas  istniał (128.54 karatów). „Przed nią miała go na szyi tylko jedna kobieta, żona senatora Sheldona Whitehouse’a na Balu Tiffany’ego w 1957 roku” – można przeczytać w książce „Piąta aleja, piąta rano”, Sama Wassona. Naszyjnik pojawił się również na chwilkę w gablocie, w scenie filmowanej we wnętrzu sklepu. Holly stwierdziła wtedy, że noszenie diamentów przed czterdziestką byłoby prostackie… Czy zgadzasz się z tym, Sroko? 🙂  

Kamera! Akcja! Czyli filmowcy w składzie „porcelany”

Musisz wiedzieć, że „Śniadanie…” było pierwszym filmem, jaki kiedykolwiek uzyskał zgodę na filmowanie w salonach Tiffany’ego. „Po sześciu długich miesiącach ciągnących się godzinami negocjacji z szefem firmy Tiffany & Corporation, Walterem Hovingiem, człowiekiem kapryśnym, który z pewnością nie słynął z ustępliwości, Martin Jurow (producent filmu) otrzymał zapewnienie, że zostaną wpuszczeni do środka, aby nakręcić jedną ze scen.

Niestety, na wymianę miał tylko Audrey. Świetnie rozumie, zapewniał Hovinga, że takie przedsięwzięcie oznacza logistyczne wyzwanie i koszmar dla firmy ubezpieczeniowej – wpuścić do środka ekipę, żeby kręciła zdjęcia pośród najcenniejszych klejnotów na naszej planecie – ale z drugiej strony, dla firmy  Tiffany & Co. była to niepowtarzalna okazja promocji. No i faktycznie, filmowcy mieli rację. Nie ma przecież „Śniadania…” bez Tiffany’ego, a i sama marka, której początki sięgają 1837 roku, na zawsze splotła swe losy z arcy-sroką Golightly. 

Holly znalazła u Tiffany’ego bezpieczną przystań, której przejrzyste, diamentowe pielesze miały mieć dar zmywania osadów nocy. Złota klatka, skrywająca okazy doskonałe nie była jednak prawdziwym domem dla pełnokrwistej, pękniętej w środku bohaterki. Zamknięcie się w niej, albo w marzeniu o tym, co reprezentowała oznaczało ucieczkę przed samą sobą – dziewczyną z Teksasu, która miewa koszmary, śpiewa na oknie nostalgiczne piosenki, kocha swojego bezimiennego kocura oraz… być może także Paula Varjaka? 


Późny wieczór, deszczowe aleje Nowego Jorku. W mieście, które ponoć nigdy nie śpi, czai się rudy kot – chwilę wcześniej bezceremonialnie wyrzucony z taksówki. Chyba nie będzie kolacji, nici ze spokojnej drzemki. Kilka miauknięć, szukanie schronienia między drewnianymi skrzyniami… A tu niespodzianka – na horyzoncie mokrej metropolii znów pojawia się Księżniczka, na jej twarzy księżycowa rzeka łez zmieszanych z deszczem – oto najbardziej autentyczne, zbolałe okazy świata. Gorączkowo przeczesuje alejkę i nagle… Mokra radość dwóch zagubionych stworzeń, które znowu się znalazły. Jest nasz mały happy end, jest i Książę z piętra wyżej….


Tani pierścionek Cracker Jack, z inicjałami wygrawerowanymi przez Tiffany’ego stał się nagle tym jedynym na świecie.

Podoba Ci się? Podziel się!