Jeżeli (tak jak ja) podczas oglądania arcydzieła sztuki filmowej tracisz czasem wątek, bo zbyt uważnie przyglądałaś się kostiumom, radzę: czytanie tego tekstu podziel na odcinki, bo zdjęcia z pewnością Cię rozproszą. Sroko Droga, dziś opowiem Ci historię Eugene’a Joseffa – twórcy biżuterii, która „zagrała” w niejednej hollywodzkiej superprodukcji.

Mam nieodparte wrażenie, że większość historii o spełnionym „american dream” ma swój początek w przydomowym garażu. Nie inaczej było w przypadku Eugene’a Joseffa. Ten pracownik branży reklamowej austriackiego pochodzenia, urodzony (w 1905 r.) i wychowany w Chicago, w wieku dwudziestu-kilku lat postanowił zmienić swoje życie. W poszukiwaniu pomysłu na interes życia wybrał się do Los Angeles, gdzie branża filmowa wchodziła właśnie w okres rozkwitu.

Na miejscu poznał kostiumografa Waltera Plunkett, który opowiedział mu o swoim pomyśle tworzenia biżuterii do produkcji filmowych. Praca z metalem nie była obca Joseffowi – w wieku młodzieńczym powiększał swoje kieszonkowe pracując w odlewni. Dlatego nowo poznany przyjaciel nie musiał go długo namawiać do stworzenia wspólnego biznesu. I tak właśnie we wspomnianym wcześniej garażu przy Sunset Boulevard powstał mini warsztat jubilerski. Zaopatrzony był w niemałą bibliotekę albumów, którymi duet wspomagał się przy poszukiwaniu inspiracji do tworzenia błyskotek do filmów historycznych.

W niedługim czasie, Joseff otrzymał miano pierwszego projektanta biżuterii w branży filmowej. I całkowicie sobie na nie zasłużył. Z myślą o specyfice pracy z biżuterią na planie znalazł własny sposób na obróbkę metalu. Faktura biżuterii w rzeczywistości była matowa dzięki czemu w kontakcie z ostrym światłem lamp studyjnych nie blikowała. A na ekranie jej powierzchnia zdawała się być gładka i elegancka. To nie były czary, Sroko…

Marka „Joseff of Hollywood” rozwijała się a Eugene pracował z największymi gwiazdami srebrnego ekranu tamtych czasów: Marleną Dietriech (Shanghai Express), Vivien Leigh (Przeminęło z wiatrem) czy Elisabeth Taylor (Kleopatra).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Sławy (oraz wielbicielki) chciały nosić błyskotki sygnowane nazwą „Joseff of Hollywood” także poza planem zdjęciowym. Joseff postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. Wprowadził do sprzedaży detalicznej linię biżuterii, która była dostępna w luksusowych domach towarowych. Efekt?

Kolejki jak podczas premiery iPhon’a X 😉

Biznes rozwijał się tak szybko, że Eugene musiał zatrudnić kogoś do pomocy przy organizacji biura. Nowa pracownica, Joan Castle, nie mogła się spodziewać, że wraz z posadą dostanie w pakiecie miłość życia, a w przyszłości stanie na czele firmy stworzonej przez Joseffa (którego wkrótce poślubiła). Szczęście małżonków nie trwało jednak długo, 6 lat po ślubie Joan została wdową.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

W latach 40. XX wieku niewiele było  przedsiębiorstw zarządzanych przez kobiety. Joan Joseff podołała zadaniu i nie tylko kontynuowała dzieło męża, ale zadbała też o rozwój firmy. W latach 50. wykorzystała potencjał małego ekranu, oferując wypożyczanie błyskotek do produkcji telewizyjnych. Rozbudowała także zakres podejmowanych realizacji o odlewy na potrzeby lotnictwa (co zapoczątkował Joseff w czasie II wojny światowej). Marka „Joseff of Hollywood” jest w rękach kobiet (i przez nie z sukcesem zarządzana) od 1941 roku do dziś.

Czyż to nie inspirujące, Sroko? Ta historia to z pewnością materiał na film (z pięknymi kostiumami).

Źródło: joseff-hollywood.com

Podoba Ci się? Podziel się!